Blog post

Po Opasłym Tomie na Foksal pozostały już tylko wspomnienia. W tym samym lokalu powstała nowa restauracja DO BO DO obiecująca nam polską kuchnię z domieszką europejskiej w nowoczesnym wydaniu z molekularnymi akcentami.

Dokładnie w tym miejscu ,niegdyś pod adresem ul.Pierackiego mieściła się kawiarnia której właścicielem była niezapomniana ikona przedwojennego polskiego kina – Eugeniusz Bodo.

Nawiązując do pięknej historii tego miejsca i pierwszego właściciela ,restauracja DO BO DO stara się przenieść swoich gości w podróż do przeszłości, do lat 30. Piękne żyrandole ,fotografie z przedwojennych filmów z udziałem Eugeniusza Bodo –  połączone z nowoczesnymi akcentami zarówno we wnętrzu jak i w menu.

Byłam bezlitosna i postanowiłam odwiedzić to miejsce w dniu otwarcia.Stolik zarezerwowany, potwierdzony telefonicznie .Na wieść o menu degustacyjnym uśmiechałam się szeroko. Lecz szybko ten uśmiech znikł z mojej twarzy, gdy podczas zapoznawania się z fantastycznie zapowiadającymi się daniami  menu degustacyjnego dowiedziałam się ,iż go dzisiaj nie dostanę(i przez następne trzy dni również). Rozczarowanie.Nie zostałam poinformowana o tym telefonicznie ani nawet przy dostaniu menu  ,a kilka dobrych minut później…

Do wyboru mamy dwa warianty menu degustacyjnego: pięciodaniowe (168zł)oraz siedmiodaniowe(198zł)co niewątpliwie jest bardziej ekonomiczną wersją dla wygłodniałych smakoszy.

Trudno ,jakoś przełknęłam stratę i ponownie zapoznałam się z menu.

Na początek na stole wylądował pięknie prezentujący się amuse buche .Kruche świeżutkie ciastko prezentowało mus z selera, anchois oraz  orzech włoski. Fantastyczne połączenie i bardzo obiecujący początek.

Następnie serwowany na drewnianej desce domowy chleb(z popiołem z pszenicy oraz trawą żubrową) z masłem rakowym i chrzanowym. Po maśle chrzanowym spodziewałam się przyjemnego szczypania w język albo choć odrobiny więcej „mocy” niestety słabo był wyczuwalny główny bohater, natomiast masło rakowe miało specyficzny bliżej niezidentyfikowany smak.

Na przystawkę zamówiłam tatar(48zł)i tu miła niespodzianka – z jagnięciny wrzosówki(jest to jedna z najstarszych ras rodzimych). Sposób podania tej przystawki niejednego zachwyci. Tatar wypełnił wnętrze jajka, którego skorupka została wykonana z masła kakaowego. Dwa zgrabne jajka miały towarzystwo w postaci pate z jagnięciny, marynowanej cebulki, borowików ,ogórków oraz żółtka .Pod naciskiem widelca skorupka jajka głośno pękała ,a ta czynność sprawiła mi niezwykłą przyjemność. Gorzej już było z wymieszaniem składników .Mięso było twarde i dobrze zbite ,a wymieszanie go z innymi składnikami nie jest proste .Mały minus za grubość kostki z ogórka, zdecydowanie za gruba– osobiście preferuję drobno posiekane dodatki do tatara. Reasumujac  – danie jest ładnie podane, jest tu pomysł i świetne wyczucie estetyki ale czegoś zabrakło.

Pierś z kaczki(57zł)polska kaczka zawinięta w boczek ze świni złotnickiej była perfekcyjnie przyrządzona. Różowa, mięciutka zawinięta w rumiany boczek. W towarzystwie wybornych sprężystych kopytek buraczanych oraz palonym porem i dymką . Jus(sos) cydrowy z jałowcem dopełnił dzieła. Klasyk który nigdy mi się nie znudzi. Rewelacja.

Żebro(74zł)podobnie jak z mięsem z kaczki, starannie wyselekcjonowany kawałek polskiego mięsa, pozbawiony kości i większości tłuszczu – co niewątpliwie zabrało mu swojski wymiar a nadało subtelności. Miękkie i przyrumienione mięso w glazurze z pieprzem syczuańskim i miodem. Posypka z pieczonego ziemniaka, konfitura z ogórka kiszonego i dodający chrupkości i smaku chips z kaszy gryczanej. Wszystko razem brzmi rewelacyjnie, niestety sfera z pieczonego ziemniaka która rozlała się na talerzu nie spełniła moich oczekiwań i nadała kwaśny smak –  zdecydowanie było jej za dużo! Opisując  to danie zauważyłam jedną nieprawidłowość. Mianowicie w menu widnieje ziemniak z truflą ,a nie sfera z posypką z pieczonego ziemniaka – lecz cena pozostała ta sama…

Deser

Na imieninowy deser wybrałam Perritfour trio(36zł)dopracowany w każdym detalu pod kątem równowagi smaków i podkreślania się ich wzajemnie. Pralina w orzechu włoskim z ganache czekoladowym w połączeniu z kompotem wiśniowo-czekoladowym był przyjemnym połączeniem. Najbardziej trafionym w mój gust było zestawienie brzoskwini z bazylią w kompocie, który podkreślał smak delikatnej praliny migdałowej serwowanej w kruchym rożku – rewelacja. Słodka chałwa z dziką różą cukrową przypominała w konsystencji marcepan, jej słodycz przełamał orzeźwiający kompot z juzu i limonki .Zabawa smakami, kolorami i teksturami – to lubię.

Menu oparte jest na wysokiej jakości produktach od małych gospodarstw, dlatego nie było mi dane spróbować m.in. węgorza bo jak twierdził kelner stawy są zamarznięte .Czasami warto czekać ,a pierogi z węgorzem czy pstrąg Tarczyński skutecznie kuszą.

Dania serwowane w DO BO DO nie rozbudziły moich kubków smakowych wystarczająco mocno. Miła obsługa i klimat to nie wszystko czego spodziewałam się po tym miejscu. Zabrakło więcej obiecanych molekularnych akcentów – choć w większości drażnią mnie wszechobecne pudry ,piany i kawiory z czego tylko się da ,to nadal czekam na coś co mnie pozytywnie zaskoczy . Ceny są dość wygórowane mój rachunek opiewał na 234zł (za opisane dania plus woda i sok).

 

Głodna Dorota

 

DO BO DO

ul.Foksal17

00-372 Warszawa

Strona Internetowa:FACEBOOK

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Poprzedni post

Następny post

Close